Przyziemna opowieść o naszej pracy (ilustrowana)

8 września 2018 roku pojechaliśmy z Malwiną na 13. wesele sezonu (piąte wspólnie z Malwiną) do Straszyna niedaleko Gdańska. Miejsce nazywało się Chata Pod Sokołem (https://pl-pl.facebook.com/PodSokolem/). Trudno opisać nasze zdumienie - pierwszy raz byliśmy w "stodole" weselnej z prawdziwego zdarzenia. Wcześniej takie miejsca widzieliśmy tylko na obrazkach i od dawna marzyliśmy by do takiego trafić. Gorąco polecamy Chatę!

 

Sala przedstała naszym oczom majestatyczna, obszerna i... niesamowicie ciemna.

Para młoda która po chwili nas przywitała dała nam zadanie nie zawracać im głowy i zebrać dowody że wszyscy się świetnie bawili. Wszyscy obecni byli mniej więcej w ich wieku, a rodzice niedługo po rozpoczęciu się zabawy wrócili do domu, ponieważ oficjalne rodzinne wesele odbyło się tydzień wcześniej (nie mogłem być na nim obecny, ponieważ już miałem rezerwację na 01.09.18).

Jak oświetlić takie pomieszczenie?

Odkąd pamiętam siebie jako fotografa, towarzyszyło mi sztuczne światło. Wyrosłem na fotografii reportaży z dziecięcych zabaw na urodzinach, które odbywały się w dość ciasnych pomieszczeniach bez okien, gdzie klasyczne błyskanie lampą w sufit znudziło mnie tak szybko, jak dotarło do mnie że animatorzy mają zaledwie kilka scenariuszy, a mój umysł zwyczajnie się nudził powielając wciąż te same schematy. Tak zaczęła się zabawa ze światłem które nie jest już zamocowane na aparacie, ograniczając mnie, tylko tam gdzie sobie tego życzę - wtedy ogranicza mnie już tylko wyobraźnia. W obecnej formie ta zabawa wygląda mniej więcej jak następujący reportaż.

 

Mając wciąż w głowie nurtujące pytanie jak oświetlić salę (nie żebym nie był przygotowany logistycznie, szukałem po prostu kreatywnych idei, które są u mnie raczej wysiłkiem intelektualnym, a nie jakimś abstrakcyjnym "talentem"), zobaczyliśmy powóz, będący de facto stołem z absurdalną ilością różnej maści ręcznie robionych słodyczy. Nie jestem food fotografem, chociaż czasem popełnię jakąś reklamę dla lokalnej piekarni, w gruncie nie wiem jak się robi zdjęcia żarcia i robię to na własny sposób. Wtedy oto uzbroiłem Malwinę w Legendarny Kij Z Parasolem. Gwoli ścisłości był to drugi raz gdy miała ona to narzędzie w rękach, jednak na francuskim (pierwszym wspólnym weselu) jeszcze nie wiedzieliśmy jaki potencjał drzemie w tandemie Malwina + Legendarny Kij Z Parasolem.

Narzędzie proste w swojej złożoności i jakże skuteczne w walce z mrokiem w rękach mojego Paladyna. Malwiną będąć niejako satelitą, niejako partnerem, decyduje gdzie upadnie światło, ja decyduję na kogo, wspólnie decydujemy jak upadnie. Tak powstały zdjęcia słodyczy i zobaczyliśmy że były one dobre.

 

Wtem rzekłem: "Niechaj stanie się światłość" i wyciągneliśmy 7 lamp błyskowych, w tym jedną studyjną o mocy 300 Ws (po ludzku tak mocna jak pozostałe 6, a jedna z tych 6 jest tak mocna jak słońce przez teleskop gołym okiem, więc masz wizję potęgi naszych fotonów).

Naszym zadaniem nie było wyniesienie światła na piedestał, o nie! Chcieliśmy uzyskać harmonię światła, cieni i mroku, bo każda z tych rzeczy jest równie ważna w fotografii.

Wiedząc że Malwina nie odstępuje ode mnie ani na krok, rozstawiając nasze lampy w sali uzyskaliśmy uniwersalny wzór, który już nie wymagał przemieszczania owych, a jedynie kontroli mocy, do której posiadam elektromagnetyczny pilot o nazwie, nic nie mówiącej zwykłemu śmiertelnikowi - Yongnuo YN560-TX.

Jeszcze kiedy moja wiedza fotograficzna oscylowała wokół poziomu, na którym nie rozpoznałbym aparatu, gdyby leżał przede mną, czyli jakieś 5 lat temu, już wtedy wydawało mi się że idea bezmyślnego rejestrowania rzeczywistości nie ma sensu, skoro każdy i tak ją widzi. Skoro malując, udajemy trójwymiarowość robiąc cienie, to w reportażu wykorzystywanie trójwymiarowego światła do rejestrowania czterowymiarowej rzeczywistości by powstały dwuwymiarowe zdjęcia wydaje się być oczywiste. Dlatego na pytanie "Dlaczego używacie 7 lamp?" mogę odpowiedzieć jedynie "bo na razie tyle w tej chwili jesteśmy w stanie ogarnąć".

 

 

Wesele zaczęło się niewinnie.

 

 

 

Zwróć uwagę że wnętrze sali jest oświetlone przez nas by pokazać oba plany.

 

Przez chwilę dostrajaliśmy światło, ale ostatecznie uzyskaliśmy zadowalające ustawienia.

Na tych trzech zdjęciach widać światło tej samej lampy.

Widzieliśmy że goście swoim ubiorem dyktowali pewną filozofię imprezy - młodzieżowa impreza, ale z klasą, niepohamowana zabawa, ale rozsądna. Staraliśmy się w taki sposób tę rzeczywistość przedstawiać, ale w żadnym przypadku nie kreować jej.

 

Pomimo wszechobecności trójki Władek + Malwina + Legendarny Kij Z Parasolem, nie można stwierdzić na zdjęciach ich wpływu na rzeczywistość. Nawet nalewanie wódki czy jedzenie ciasta wygląda naturalnie, bo taka jest rzeczywistość, na którą kierujemy nie tylko aparaty, ale i światło.

 

Czujne oko jednak czasem spostrzega fotografów tuż po uchwyceniu ważnego zdjęcia. Moment w którym ludzie odkrywają naszą obecność jest krótki, intensywny, dramatyczny, ale obopólny spokój owocuje kolejnymi zdjęciami.

 

 

Niewielu fotografów poświęca tyle uwagi tańcom co my. Co jest celebracją radości w obliczu muzyki jeśli nie taniec? Uchwycenie radości w tańcu dla nas jest konieczne by przedstawić pełnię wrażeń z zabawy.

W tej dziedzinie naszej pracy staramy się również dążyć do doskonałości.

Dlatego nie robimy (tzn. nie oddajemy) takich zdjęć:

 

Ani tym bardziej takich:

 

Ale przynajmniej takie:

 

 

Gdybyśmy lubili tandetne nazwy, nazywalibyśmy się pewnie w stylu "Studio Fotografia uśmiechu" przez liczbę uśmiechów na zdjęciach (albo "Cukrzycowa Fotografia Ślubna" czy inne "Autystyczne kadry" (bez obrazy, wiem co to Asperger)).

 

Nie widać abyśmy komuś przeszkadzali.

 

 

A nawet jeśli...

 

Swoją drogą na ostatnim zdjęciu widać ową lampę studyjną. Wzięliśmy bo mogliśmy. Bo sufit pozwolił. Bo byliśmy ciekawi co wyjdzie.

Takie efekty:

 

 

W ogóle lubimy dostrzegać drobniejsze wątki i drugoplanowych bohaterów.

Tutaj np. widzieliśmy rodzinną kulinarną przygodę, podkreśloną naszym światłem.

Mmmmm, cudnie.

 

 

Czasem nadchodzą momenty w którym para młoda prosi o zrobienie zdjęcia z kimś. Stajemy wtedy na głowie żeby robić ciągle coś nowego w planie pozowanych zdjęć grupowych i cieszymy się kiedy wyczuwacie nasze intencje.

 

Na szczęście zawsze jesteśmy na to przygotowani. Jedyne pozowane zdjęcie młodej pary powstało w 10 sekund i zajęło raptem dwa ujęcia.

 

 

 

 

 

Widzisz tę kompozycję?

 

WIDZISZ JĄ?!

 

 

A kiedy już myślisz że rozumiesz kompozycję...

 

Co to za perspektywa w ogóle? Ostrość na kieliszkach, o co chodzi? :D

 

No i właściwie na dzisiaj już nie mam ochoty nic dodawać do tego posta.

Tym razem skupiłem się bardziej na świetle, ale będę się dzielić innymi aspektami pracy na przykładzie inny wesel. Ba, może nawet zrobię porównanie jak można sfotografować 4 wesela w tym samym miejscu, za każdym razem inaczej i w zgodzie z własnym sumieniem.

A czeka nas piąte i ciekawe co wymyślimy następnym razem...

Jeszcze tylko garstka zdjęć.

 

Dziękuję za uwagę, piszcie w komentarzach czy czytanie tych wypocin was przerosło i dlaczego przerosło. Oraz sugestie o czym napisać następnym razem - dlaczego plecak na kółkach to idealny towarzysz we wspinaczce na ruchome wydmy w Łebie czy o tym dlaczego automatyczne ISO w Nikonach to kuźnia leniwych fotografów.

Nie zapominajcie śledzić nas na Instagramie i Facebooku. Linki są na dole. Chyba.

 

PS "Mal! MAL! MAAAAAAAAL!!! WYJDŹ Z KADRU"